Realizujemy w tym roku budżetu przetrwania – przekonują dyrektorzy szpitali w naszym regionie. Odczuwamy to wszyscy, czekając w coraz większych kolejkach do lekarza.
Na przyjęcie do niektórych oddziałów trzeba czekać po kilka lat. W tym czasie chory często ma dwa wyjścia – albo skorzysta z odpłatnej pomocy prywatnej placówki, albo... nie doczeka się terapii. Rzeczywistość jest brutalna.
Zdaniem Tomasza Zejera, dyrektora Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku, obecny system ochrony zdrowia w naszym kraju umarł, a wszelkie próby jego reanimacji są bezcelowe. Poprawę sytuacji mogłoby przynieść jedynie radykalne zwiększenie nakładów na lecznictwo. – Dla przykładu, oddział endokrynologiczny ma na ten rok kontrakt w wysokości miliona złotych. Aby leczyć wszystkich chętnych, musiałby otrzymać 1,5 mln zł. A oddział urazowo-ortopedyczny przyjmuje pacjentów na... 2013 rok – zaznacza szef szpitala.
Koszty rosną, kontrakty maleją Norbert Prudel, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 2 w Jastrzębiu Zdroju, mówi, że placówka ma o 3,3 proc. skromniejszy kontrakt niż w zeszłym roku. Niby jest to niewiele mniej, ale daje pokaźną kwotę 2,29 mln zł. Tymczasem koszty leczenia rosną, więc i kontrakt powinien być wyższy.
– W przypadku naszego szpitala o 10 mln zł. Gdybyśmy mieli te pieniądze, moglibyśmy pracować w miarę spokojnie. Kontrakt przekraczają wszystkie oddziały, bo nie odmawiamy leczenia żadnemu pacjentowi – informuje szef WSS nr 2. Dodaje, że placówka dysponuje nowoczesnym blokiem operacyjnym. Na zabiegi trzeba jednak czekać w długiej kolejce. Część pacjentów mogłaby zapłacić za operację i mieć ją przeprowadzoną szybciej, ale nie zezwalają na to przepisy. Publiczne szpitale wciąż nie mogą leczyć za pieniądze.
O niewystarczającym kontrakcie mówi także Włodzimierz Kącik, wicedyrektor ds. medycznych Szpitala Rejonowego w Raciborzu. – Pacjenci muszą oczekiwać w dużych kolejkach na pomoc chirurga, ortopedy, okulisty czy poradni proktologicznej – wylicza wiceszef szpitala.
Śląsk pokrzywdzony Zbyt mały kontrakt szpitala w Rydułtowach daje się we znaki każdemu z oddziałów, a szczególnie wewnętrznym i chirurgicznemu. Rehabilitacja np. nie wykorzystuje wszystkich łóżek, a można byłoby położyć tu znacznie więcej pacjentów.
– Stąd kolejki. Ponieważ nie możemy przyjąć wielu osób w terminie, tracimy przychody. Tymczasem ustawa o ZOZ-ach zabrania zarobkowania publicznym placówkom ochrony zdrowia. Natomiast przekształcenie szpitala w spółkę prawa handlowego mogłoby skończyć się źle dla mniejszych placówek, takich jak nasza – twierdzi Bożena Capek, dyrektor rydułtowskiej placówki.
Tymczasem przykład szpitala w Żorach pokazuje, że nawet mniejsza powiatowa placówka może z powodzeniem działać w formie spółki. Szpital zrestrukturyzowano kilkanaście lat temu. Od tamtej pory wypracowuje zysk. Co prawda magistrat systematycznie dofinansowuje placówkę, ale dzięki spółce może zarabiać na przyjmowaniu pacjentów za pieniądze.