Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

-10-15°C
-8-13°CKierowaliśmy się trzema zasadami: taniej, szybciej i skuteczniej – mówi Lucyna Tyl z rybnickiego magistratu. Wszystko zaczęło się w pierwszych miesiącach 2002 roku, kiedy to rybnicki magistrat postanowił zatrudnić gońców. Wkrótce okazało się, że warto w nich inwestować, więc już w końcu 2002 roku było ich 12. Wtedy połowę stanowiły kobiety, a połowę mężczyźni, teraz przeważa płeć piękna. Z początkowego składu pozostali jeszcze trzy panie i jeden pan. Na to mobilne stanowisko przyjmowane są osoby ze średnim wykształceniem, ale także studenci i ludzie po studiach. Rozpiętość wiekowa jest spora. Pracuje dwudziestoletnia młodzież, ale i pięćdziesięciolatkowie.
Jak mówi Lucyna Tyl, zatrudniając gońców, miasto kierowało się trzema zasadami: taniej, szybciej i skuteczniej. Decyzja okazała się trafiona, a profity widać każdego roku. Jest taniej, gdyż ceny usług poczty rosną, a 15 gońców aktualnie zatrudnionych na pełnych etatach w 2008 roku wypracowało 263 tysiące złotych oszczędności. Jest szybciej, bowiem wydział wysyłający zazwyczaj w ciągu dnia otrzymuje potwierdzenie dostarczenia korespondencji. Jest wreszcie skuteczniej, gdyż goniec pracuje również popołudniami i podejmuje trzykrotne próby doręczenia korespondencji o różnych godzinach. Dzięki temu niewielka liczba listów jest awizowanych.
Gońcy docierają do adresatów pieszo, rowerami, a od niedawna również skuterami. Magistrat zakupił cztery jednoślady z motorami, aby zwiększyć wydajność pracy posłańców, ale też ograniczyć liczbę przypadków przewożenia przez nich rowerów w autobusach miejskich. Z tej możliwości od wiosny do jesieni korzysta trzech gońców, którzy mają pozwolenia Zarządu Transportu Zbiorowego w Rybniku na przewóz rowerów, choć nie wszystkim się to podoba – Zdecydowaną większość przesyłek dostarczamy pieszo, w tym względzie nic się nie zmieniło – mówi pracująca od 2002 roku jako goniec Gabriela Penter.
Jak dodaje, każdy codziennie bierze na ramię torbę ważącą 10 kg, a często jeszcze reklamówkę z listami, i rusza w drogę, pokonując średnio około 30 kilometrów. – To prawda – potwierdza Władysław Gołąb, męski rodzynek w czwórce weteranów. – Chociaż tam, gdzie można, korzystamy z autobusów, no i ze swoich prywatnych rowerów. Ja przez te siedem lat zajeździłem już cztery sztuki! Nikt jednak nie przebije chłopców na skuterach, którzy jednego dnia pokonują przeszło 70 km – dodaje pan Wiesław. Widać, że rybniccy gońcy stanowią zwartą grupę. Znają swe obowiązki, ale nie ukrywają, że ich praca jest trudna, a częsty kontakt z ludźmi i zwierzętami bywa stresujący.
Zgodnie dodają, że każdy z nich został już obrzucony obelgami i pogryziony przez psy. Zdarzają się też niebezpieczne sytuacje. Ostatnio jedna z pań jadąca rowerem, usuwając się przed szarżującym tirem spadła z pobocza, dotkliwie się potłukła i spędziła 14 dni na chorobowym. Na pytanie, jakie są marzenia gońca, odpowiadają skromnie: żeby na każdym budynku był numer, psy nie atakowały, a niektórzy ludzie byli milsi. Natomiast szczytem marzeń byłyby służbowe rowery. Aż dziw bierze, że ta grupa wypracowała dla miasta tyle oszczędności.
Mróz nadal daje popalić, ale przy koksioku jest cieplej
Uczelnia dla pielęgniarek
Kto ma pomysł na rybnicki żużel?
Wodzisław: Gorąca zupa od miasta!