Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2114°C
186°C
Zwierzyna coraz bardziej daje się we znaki mieszkańcom raciborskiej dzielnicy Markowice. Dziki już nie tylko niszczą uprawy, ale zagrażają też gospodarzom. Są na tyle oswojone, że podchodzą pod zagrody. Zaniepokojeni ludzie zwrócili się do prezydenta Raciborza Mirosława Lenka, który z kolei wystąpił do starosty o wydanie pozwolenia na redukcyjny odstrzał. Nic z tego jednak nie będzie.
Problem polega na tym, że dziki zadomowiły się na terenie lasu Obora, wchodzącego w skład Arboretum Bramy Morawskiej, który jest obszarem chronionym. Jak wyjaśnia Kazimierz Hajok, prezes koła łowieckiego Borki w Lyskach, które ma swój obwód właśnie w obrębie lasu Obora, redukcyjny odstrzał dzików pozwoliłby na znaczne ograniczenie populacji tej zwierzyny. – Gdybyśmy mogli wejść do lasu i odstrzelić dziki, które są utrapieniem dla sąsiadujących gospodarstw, ludzie odetchnęliby z ulgą – tłumaczy myśliwy. Starosta raciborski nie chce jednak wydać na to pozwolenia. Jak tłumaczy Krzysztof Sporny, szef powiatowego referatu środowiska, starostwo mogłoby zgodzić się na takie rozwiązanie tylko wtedy, gdy dziki zagrażałaby obiektom produkcyjnym lub użyteczności publicznej.
Płaci koło
– W tym przypadku jednak chodzi o szkody w indywidualnych uprawach rolnych. – Odszkodowania powinno więc wypłacać koło łowieckie – mówi Krzysztof Sporny. Koło Borki z Lysek wypłaca rolnikom odszkodowania, ale, jak mówi Kazimierz Hajok, jeśli dziki nadal będą pustoszyły uprawy rolne w Markowicach, to być może niebawem będzie musiało ogłosić upadłość. – W całym zeszłym roku wypłaciliśmy odszkodowania na kwotę ponad 25 tys. zł. Teraz mamy dopiero lipiec, a wartość odszkodowań już sięga 26 tys. zł. Tymczasem pieniądze, jakimi dysponujemy, pochodzą wyłącznie z naszych składek członkowskich i sprzedaży zwierzyny. To bardzo niewielki dochód, zwłaszcza że ostatnio ceny skupu dziczyzny poszły mocno w dół – mówi z niepokojem prezes Hajok.
Póki co problem mają rozwiązać specjalne odstraszacze akustyczne i chemiczne, które zakupiła gmina. Na razie dziki udało się wypłoszyć z upraw kukurydzy, niestety, przeniosły się na zagony ziemniaków i zboża. – Uprawy ziemniaków są doszczętnie zryte, a zboże ogryzione z kłosów. Niektóre stada siedzą w zbożach przez cały dzień. Takie zboże nie nadaje się już do młócenia – żalą się Maria i Andrzej Magdewiczowie, którym dziki spustoszyły uprawy ziemniaków już w 65 procentach. – Najgorsze jest to, że zwierzyna się niczego nie boi. Petardy, specjalne preparaty odstraszające – nic już nie działa! Aż strach wyjść na spacer do lasu – dodaje z kolei Urszula Przybyła.
Pasy ochronne
Dziki i inne leśne zwierzęta dają się we znaki nie tylko e w Raciborzu, bo jest to problem całego Śląska. Wynika on m.in. z tego, że zimy ostatnio bardzo złagodniały, w efekcie obserwuje się systematyczny wzrost populacji zwierzyny, której zaczyna być za ciasno w lesie, więc wychodzi na pola. Nieraz zresztą pojawia się nawet w centrach miast. Koła łowieckie wspierają się w walce z tą plagą, zakładają również specjalne poletka z przysmakami dla dzikiej zwierzyny, żeby zatrzymać ją przed wchodzeniem w szkodę. – Mamy pola kukurydzy i innych upraw o łącznej powierzchni prawie trzech ha. Tworzą one w sumie dwukilometrowy pas ochronny w sąsiedztwie terenów leśnych – mówi Kazimierz Hajok