Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2114°C
Jechali na kilka dni do Sokółki, małego miasteczka w województwie podlaskim. Nigdy tam nie dotarli. Przed godziną 5 rano honda kierowana przez 50-letniego Jana Zarzyckiego zjechała na drugi pas i uderzyła w tira. Samochód zmiotło z drogi, auto dachowało. Kierowca, jego 47-letnia żona Lucyna i 16-letnia córka Agnieszka zginęli na miejscu. W piątek ich pochowano.
Zarzyccy mieszkali w dzielnicy Zdrój. W dużym domu na ładnym osiedlu przy ulicy Sosnowej. Kupili go kilka lat temu. Był w sam raz dla dużej rodziny. Zarzyccy mieli sześcioro dzieci. Dwie dorosłe już córy, jednego dorosłego syna i troje młodszych pociech.
Oboje byli związani z górnictwem. Pani Lucyna pracowała w kopalni od 1981 roku. Była zatrudniona w zakładzie przeróbczym w Jas-Mosie. Promowała Jastrzębską Spółkę Węglową w kalendarzu na ten rok. Duży kalendarz z portretami kilkunastu pań przy pracy jest eleganckim gadżetem rozdawanym przez spółkę węglową.
Pan Jan był już na górniczej emeryturze, wcześniej też pracował w Jas-Mosie. Teraz dorabiał sobie w firmie ochroniarskiej Almar. – Janek był zawsze uśmiechnięty. Planował wyjechać z rodziną tylko na kilka dni. 13 lipca miał zdawać w szkole policyjnej w Katowicach egzamin dający licencję agenta ochrony – wspomina Grażyna Miernik, która razem z nim pracowała w ochronie.
Ze śmiercią pana Jana i jego bliskich nie potrafi się pogodzić Tomasz Mieszczak, partner z patrolu. – Spędzaliśmy ze sobą wiele godzin. Mimo że ja mam 26 lat, a on 50, rozumieliśmy się bardzo dobrze – mówi pan Tomek. Tłumaczy, że w tej pracy najważniejsze jest zaufanie. Zdarza się, że zatrzymuje się np. włamywaczy na gorącym uczynku. – Trzeba być pewnym swojego partnera. A Janek był w pracy perfekcjonistą. Był też niezwykle koleżeński. Nie robił problemu, gdy ktoś chciał się zamienić, bo nie pasowała mu służba – wspomina jego partner.
Jeszcze w piątek pan Jan miał poranną zmianę. Pożegnał się ze swoim partnerem i wrócił do domu. Wyjechali w nocy. Podobno szwagier odradzał mu nocną podróż... Podobno miało z nimi jechać jeszcze dwoje dzieci, ale ubłagały, że chcą zostać w domu, pójść na pobliski basen...
– Denerwują mnie te wszystkie spekulacje i rozważania, czy Janek zawinił, czy nie. Był odpowiedzialny. Nie jechał jakimś złomem, tylko swoją hondą city, którą kupił bodajże w zeszłym roku. Niedawno był na przeglądzie. Bardzo kochał swoją rodzinę, była dla niego najważniejsza – mówi Tomasz Mieszczak.
Sąsiedzi nie mogą uwierzyć w to, co się stało. – To byli dobrzy ludzie. Pani Lucyna obchodziła niedawno urodziny. Za dwa lata miała przejść na emeryturę, była już babcią – płacze Lidia Zamorska, jedna z sąsiadek.
W JSW przez kilka dni po wypadku panowała niemal żałoba. Nikt się nie śmiał, nie żartował. Pracownicy JSW najboleśniej przeżyją październik. Pani Lucyna będzie w tym właśnie miesiącu patrzeć na nich z kalendarza.