Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2114°CDziś będzie o formach ochrony przyrody, które nieraz zmieniają się w groteskę, bo w regionie pojawił się taki przypadek. Chodzi o głośną już sprawę pogromu blisko 300-letniego dębu szypułkowego, który rósł w zabytkowym parku w Żorach Baranowicach. Już nie rośnie, tylko leży, bo zwaliła go wichura. Od początku jednak było wiadomo, że ktoś jej pomógł, co wywołało powszechne oburzenie. W końcu chodziło o najstarsze drzewo w mieście.
Gdy okazało się, że pomocnikiem było coś, gniew zmienił się w śmiech, historia trafiła na pierwsze strony wielkich gazet, a jej echa pobrzmiewają do dziś. To coś to bowiem chrząszcz dębosz kozioróg, który występuje ponoć niezmiernie rzadko, więc jest objęty ścisłą ochroną gatunkową. Z tego powodu leśnicy i ekolodzy podsumowali sprawę krótko: stare dęby szypułkowe są po to, żeby mogły toczyć je te szkodniki. W takim przypadku drzewo zawsze schodzi na drugi plan, choćby, jak to baranowickie, miało status pomnika przyrody. Wypada nadmienić, że obecnie ochronie podlegają i próchno, którego z niego zostało, i zżerające je owady, w dodatku, jak tłumaczą specjaliści, dopiero teraz toczy się tam prawdziwe życie.
Ciekawe, co by powiedzieli, gdyby w Baranowicach zaczęły zwalać się kolejne dęby, zjedzone przez zastępy gwałtownie rozmnażających się dęboszy. Nie można przecież wykluczyć takiego ponurego scenariusza, niektórzy zresztą już go sobie wyobrażają, martwiąc się o losy miejskiego parku. Tymczasem gdyby chrząszcz dobrał się do dębu rosnącego na prywatnym podwórku, to szybko byłoby i po jednym, i po drugim, gdyż oba trafiłyby na opał. Zwykli ludzie rzadko kiedy bywają bowiem miłośnikami robali i innych paskudztw, więc sięgają do radykalne sposoby ich wytępienia. Przyklaśnie im zresztą każdy racjonalnie myślący człowiek, zwłaszcza że mało kto zdaje sobie sprawę z tego, co jest chronione, a co nie.
Potwierdza to kuriozalne zdarzenie na obozie przetrwania, który ongiś odbywał się na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Pech chciał, że puszczono samopas paru jego uczestników, a oni zjedli kilka żab, jak się okazało, chronionych. Nie wiadomo, czy wybraliby śmierć głodową, gdyby o tym wiedzieli, ale faktem jest, że posilili się czymś, co przełknąłby mało który rodak. Nikt im jednak nie współczuł, wybuchł za to skandal niewspółmierny do strat, jakie poniosła przyroda. Z tego powodu nie brakowało opinii, że skoro już się stało, należało to przemilczeć. Mądrość ludowa nie na darmo głosi: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, choć trudno wyobrazić sobie taki scenariusz w miejskim parku. Pozostaje więc mieć nadzieję, że w błędzie są ci, co wróżą, że wkrótce zaczną tam zaglądać głównie entomolodzy.