Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2114°CKilka tygodni temu rozdzwoniły się w naszej redakcji telefony. Dzwonili czytelnicy, których zainteresował opublikowany na naszych łamach wyrok rybnickiego sądu grodzkiego o skazaniu pewnego jegomościa za jazdę samochodem po pijaku. Ponieważ działał w warunkach recydywy, sąd zdecydował, że wyrok zostanie podany do publicznej wiadomości. Okazało się jednak, że do owej publicznej wiadomości nie bardzo się nadawał, bo był niezrozumiały.
Problem redagowania pism niejasnych, zawiłych, a przede wszystkim niezrozumiałych dotyczy w różnym stopniu wielu urzędów i instytucji. Zwłaszcza zaś szemranych firm finansowych, które celowo piszą umowy w taki sposób, by po przeczytaniu trzech pierwszych zdań kredytobiorca dostał mdłości i podpisał niezrozumiałą i niekorzystną dla siebie umowę.
Pytanie zasadnicze brzmi: dlaczego niektórzy urzędnicy katują język ojczysty i układają pisma, które mogą przyprawić o mdłości. Czy to chęć sprowadzenia petenta do parteru środkami językowymi, czy może potrzeba budowania bezpiecznego dystansu poprzez zaznaczenie swej urzędniczej fachowości? W czasie studiów dane mi było słuchać znakomitych wykładowców z wielkim dorobkiem naukowym, którzy o sprawach trudnych i skomplikowanych mówili językiem prostym i jasnym.
W ustawie O pracownikach samorządowych nie ma ani słowa o języku, jakiego powinni oni używać w kontaktach z petentami. Nadzieja więc w zdrowym rozsądku i w przełożonych, którzy powinni zwracać podwładnym uwagę na tak ważną sferę ich zawodowej działalności. Dziś jest to tym ważniejsze, że oto przenika do naszego języka fala unijnej nowomowy. Kiedyś w rybnickim magistracie, podczas omawiania unijnego programu, padły słowa o „identyfikacji beneficjentów programu”. Zabrzmiały jak łacińska sentencja, faktycznie zaś chodziło o wybór bezrobotnych, którzy w tym programie mieli wziąć udział.
Ale polszczyznę katują też przedstawiciele młodego pokolenia, wysyłający codziennie po kilkadziesiąt SMS-ów bądź kontaktujący się ze sobą za pośrednictwem internetowego komunikatora Gadu-Gadu. Ale oni, w przeciwieństwie do urzędników, upraszczają wszystko, jak się tylko da: nie stosują dużych liter, skracają wyrazy i stosują słowa klucze. Jednego jednak nie można im odmówić, te krótkie teksty są dla ich adresatów zrozumiałe. Pytanie, co zrobić, by tak komunikatywni i precyzyjni byli dla swoich petentów urzędnicy? A może tak, jak w przypadku telefonów komórkowych wprowadzić limit znaków. Pismo w sprawie pozwolenia na budowę mogłoby np. liczyć ich góra 1500, a przypomnienie o zaległych podatkach nie więcej niż 300. Niektóre urzędy miast i gminy już kontaktują się z mieszkańcami SMS-mi, więc może to wcale nie taki szalony pomysł.