Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2114°C
W piątek w wodzisławskim ośrodku Sądu Okręgowego w Gliwicach ruszył proces rybnickiego ginekologa Andrzeja K. Prokuratura oskarżyła 48-letniego lekarza o dokonanie ponad stu nielegalnych aborcji. To pierwszy taki proces w naszym regionie. Ginekolog miał też wystawiać pracownikom kopalń lewe zwolnienia lekarskie. Wszystko to zdaniem prokuratury robił dla pieniędzy.
Na ławie oskarżonych zasiada też odpowiadająca z wolnej stopy 33-letnia Elżbieta L., pielęgniarka i położna, która miała asystować przy większości zabiegów. Prowadzący rozprawę sędzia Adam Kołodziejczyk zdeklarował, że dołoży starań, by proces zakończył się do końca roku. Na liście świadków widnieją nazwiska 193 kobiet, głównie byłych pacjentek Andrzeja K. Rozprawy mają się odbywać praktycznie co tydzień. Prokurator Malwina Pawela-Szendzielorz przez blisko półtorej godziny odczytywała akt oskarżenia. Wynika z niego, że aborcji dokonywano w trzech różnych gabinetach prywatnych, które ginekolog prowadził w Rybniku, a potem i w Żorach. Zdaniem prokuratury, od 2001 roku do kwietnia roku 2007 wykonał ich ponad sto. W akcie oskarżenia opisano 102 przypadki.
O zabieg pytały zazwyczaj pacjentki, ale bywało, że to lekarz składał propozycję, widząc reakcję kobiety na wieść o ciąży. W dokumentacji medycznej nie było na ten temat adnotacji, bo wedle prokuratury ginekolog ją fałszował. Po pierwszej wizycie nie wpisywał informacji o stwierdzeniu ciąży, ale o obfitym krwawieniu z dróg rodnych. Za to poświadczanie nieprawdy grozi osiem lat, za nielegalną aborcję do trzech lat więzienia. Lekarz miał kasować za zabieg od 600 do 3 tys. zł. W kilku przypadkach miał też dokonać aborcji, podając tabletki poronne. Prokuratura wylicza, że zarobił w ten sposób ok. 150 tys. zł. Elżbieta L. (we wrześniu 2006 roku wyjechała do Irlandii i tam dziś mieszka) przyznała się do winy i złożyła wyjaśnienia, obciążające ginekologa, z którym miała romans.
– Elżbieta L. nie uczestniczyła w żadnej aborcji, bo nigdy takiej nie dokonano w moim gabinecie. Brak konkretnych zarzutów sprawił, że postąpiono ze mną według stalinowskiej zasady: pokażcie człowieka, a paragraf się znajdzie. Nie wolno nikogo trzymać w klatce jak zwierzęcia dlatego, że użyto słowa przeciw słowu. Dziś mija 365. doba mojego pobytu w klatce aresztu – mówił Andrzej K. Jak stwierdził, dokumenty opatrzone jego podpisem dowodzą, że pacjentki przychodziły do niego z krwawieniem po samoistnych poronieniach, a on nie przeprowadzał aborcji, tylko łyżeczkowanie, czyli czyszczenie jamy macicy. Przyznał się jedynie do tego, że był pracoholikiem. Potem wyliczył, że zarzuty dotyczą ledwie ok. 100 porad z 36 tys., których mógł udzielić w okresie objętym aktem oskarżenia.
Zaznaczył też, że nie można mu zarzucać czerpania korzyści majątkowych, bo prowadził gabinety prywatne, gdzie za wizytę trzeba zapłacić. Zaznaczył też, że dokonywanie aborcji jest wbrew etyce lekarskiej. Prokurator, powołując się na ważny interes kobiet świadków (będą opowiadały w sądzie o sprawach intymnych), wnioskował o wyłączenie jawności procesu. Sędzia na razie odrzucił tę prośbę.