Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2114°CProfesor Jan Winiecki, znany ekonomista, napisał ostatnio, że coraz mniej podoba mu się zachodnia moda na wprowadzanie kolejnych zakazów, która rozpanoszyła się do niebotycznych rozmiarów. Chodzi głównie o zakazy palenia i picia alkoholu w tzw. miejscach publicznych. Większość rodaków uważa je za błogosławieństwo, choć w czasach PRL-u biła brawa np. Janowi Pietrzakowi, który śpiewał, że każdy przepis, choćby najprostszy, to jest kawałek naszej wolności. Dziś przyklaskuje państwu, bo ono przecież najlepiej wie, co jest dla nas dobre.
Jestem abstynentką i jedynie okazjonalną palaczką, ale zgadzam się z profesorem, bo mamy tu do czynienia z dyskryminacją, choć zakazuje jej konstytucja. Cóż to jednak znaczy w porównaniu z tak zbożnym celem, jakim jest chronienie obywateli przed biernym paleniem i oglądaniem pijaków? Można by tylko dyskutować, co jest bardziej uciążliwe. Moim zdaniem to drugie, więc absurdem jest, żeby w knajpach, które są miejscami publicznymi, nie wolno było zapalić nawet jednego papierosa, bo wszystko do tego zmierza, ale wódką można było zaprawić się do nieprzytomności. Stosowne byłoby więc wprowadzenie w lokalach również zakazu serwowania napojów wyskokowych. Martwi mnie tylko, że od takich przepisów nie ubędzie ani alkoholików, którzy są nieszczęściem dla swoich rodzin, ani palaczy, w związku z czym proponuję pójść jeszcze dalej w tych szlachetnych zapędach.
Skoro palenie i picie szkodzą, to należałoby zakazać produkcji tych najgroźniejszych używek, bo to jedyny sposób uwolnienia ludzkości od nałogów. O tym jednak nikt nie myśli, a to głównie dlatego, że duża część dochodów budżetów państw pochodzi z akcyzy na wyroby tytoniowe i spirytusowe. Politycy obłudnie przeznaczają więc opłaty z koncesji na wyszynk na tzw. przeciwdziałanie problemom alkoholowym, dużo za małe w stosunku do potrzeb, liczą koszty leczenia palaczy i alkoholików oraz załamują ręce. Choć bowiem akcyza rośnie (powody to równanie do poziomu w krajach Wspólnoty i zdrowotna polityka), to spadają wpływy z jej tytułu, bo ceny mamy unijne, ale zarobkom do tego daleko. Stróże prawa nie radzą więc sobie z przemytem i likwidacją nielegalnych rozlewni, a rodacy mogą kupić więcej tańszego towaru na czarnym rynku i jeszcze bardziej marnują sobie zdrowie.
W zeszłym roku, jak podaje GUS, przepili 21 mld zł (piją już ok. 10 litrów spirytusu rocznie na głowę) i wypalili ponad 76 mld sztuk papierosów, co pretenduje nas do niechlubnej światowej czołówki. Jak weźmie się pod uwagę wszystkie aspekty tej sprawy, to stwierdzimy, że dla państwa nałogi wcale nie są plagą, lecz zbawieniem, choć jego zdrowotna polityka sprowadza się nie tylko do prześladowania, ale i wyzyskiwania uzależnionych. Tymczasem tym ludziom powinno się pomóc, a nie spychać ich do podziemia. Prędzej czy później ktoś musi więc obudzić się z potężnym, alkoholowo-tytoniowym kacem. I raczej będą to autorzy tych regulacji.