Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2114°C
Ks. Bogdan Cofalik ze Zgromadzenia Świętej Rodziny pracuje na Papui-Nowej Gwinei. Wyjechał w 1989 roku, z pierwszą grupą naszych misjonarzy, którzy podążyli w ten rejon świata. Od tej pory Wielkanoc i Boże Narodzenie spędza wśród swoich papuaskich parafian. Do rodzinnych Palowic przyjeżdża co trzy lata, na urlop.
Jedzie z powrotem, bo, jak mówi, tam jest jego miejsce. – Bo tam na mnie czekają ludzie, którym obiecałem, że wrócę – wyjaśnia. Dopiero po kilku latach tubylcy nabrali do niego zaufania i przyjęli go do swojego plemienia. – Teraz łączy nas braterstwo szczepu. Tam są teraz moja rodzina i mój dom – mówi. Papua to dom bajkowy: przepiękne krajobrazy, egzotyczna przyroda. Dlatego wielkanocne zwyczaje są zupełnie inne, chociaż nam mogłyby wydać się nieprzystojne lub przynajmniej zabawne. Każde święta są tam wielkim wydarzeniem, każde poprzedzają staranne przygotowania. Są dekoracje, procesje, śpiewy oraz bardzo lokalnej tradycji.
Największe wyzwanie
Największym wyzwaniem dla misjonarzy było zorganizowanie uroczystości Wielkiego Piątku. Miejscową ludność trudno było bowiem przekonać do Grobu Pańskiego w kościele. W tradycji autochtonów zmarłych chowa się niemal dokładnie tam, gdzie umierają. Tubylcy dobrze za to przyjęli zwyczaj odprawiania Drogi Krzyżowej. – Uczestniczy w niej wiele osób. Jednak lokalne obyczaje i tradycje pogrzebowe odcisnęły bardzo silne piętno na wielkopiątkowej liturgii – mówi ks. Cofalik. Papuasi na znak żałoby malują sobie twarze oraz przyoblekają żałobne ubrania. Pana Jezusa do grobu składają tak, jakby chowali kogoś wielkiego i znamienitego ze swojej społeczności.
Przynoszą do grobu ziemniaki i inne produkty, bo w ich tradycji pogrzeb związany jest z wielką ucztą dla krewnych. Piękne są obrzędy Wielkiej Soboty. Tubylcy w odświętnych strojach po zmierzchu zbierają się przy ognisku i długo mówią o ogniu. Wykonują taniec ognia. Potem następuje poświęcenie ognia, a następnie kobiety przynoszą w bambusowych naczyniach wodę do poświęcenia. Najpiękniejszym dniem jest tam Niedziela Palmowa. Ponieważ Papuasi uwielbiają odgrywać sceny biblijne, w tym dniu nie może zabraknąć inscenizacji wjazdu Pana Jezusa do Jerozolimy. Droga usłana jest liśćmi palm, których na Papui jest pod dostatkiem. Problem stanowi znalezienie osła, bo tych zwierząt tam nie ma.
Radość Zmartwychwstania.
– Jednak i miejscowi doskonale sobie poradzili. Odgrywający rolę Jezusa wjeżdża na ramionach dwóch mężczyzn nakrytych białym płótnem – opowiada misjonarz. Najpiękniejsza na Papui jest ceremonia Zmartwychwstania. Tubylcy przychodzą w tradycyjnych strojach, których używają już tylko od wielkiego dzwonu. To zdaniem ks. Cofalika bardzo wzbogaca liturgię. – A ludzie cieszą się z tego, że ubierając się odświętnie, mogą nadać temu wydarzeniu jeszcze większą rangę – mówi ksiądz. Jak podkreśla, Papua to kraj opuszczony i zapomniany przez wielki biznes. Tu jeszcze nie dodarła cywilizacja. Na początku misjonarz nieraz bywał atakowany, miał rozbity samochód itd. i przeżywał chwile zwątpienia.
Przetrwał jednak, pojął mentalność tubylców i znalazł wśród nich swoje miejsce. – Rdzenni mieszkańcy są jak duże dzieci. Nie myślą o przyszłości. Nawet o tym, czy na drugi dzień będą mieli co włożyć do ust. Jednak mają bardzo wysokie poczucie godności i są niezwykle szczerzy, a największą wartością jest dla nich rodzina – wyjaśnia misjonarz. Jak dodaje, wciąż przypomina, jak mają walczyć ze złem i przemocą, bo wystarczy gest, jedno słowo, a w kilka minut cała wioska może pójść z dymem. – Jednak jestem daleki od ich natarczywego nawracania. Staram się to robić w jak najbardziej subtelny sposób – mówi. Cieszy się wielkim szacunkiem wśród swoich papuaskich parafian, którzy w dowód uznania powierzyli mu funkcję szefa od utrzymania porządku w... toalecie, a to bardzo ważne stanowisko w wiosce.