Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2114°CNie wiem, co komu przyjdzie z gadania o stu dniach spokoju dla każdego rządu, skoro władzy należy patrzeć na ręce od samego początku, poza tym cisza jest tylko teoretyczna, ponieważ tak naprawdę Donald Tusk i jego ekipa byli rozliczani jeszcze przed objęciem sterów. Takiego dyskomfortu nie miał chyba żaden gabinet od 1989 roku, ale też żaden nie miał tak hałaśliwej opozycji. Z tego powodu przeciętnie zorientowany cudzoziemiec na pewno miałby poważne kłopoty z odpowiedzią na pytanie, czy w telewizji akurat występuje premier obecny, czy też poprzedni.
W dodatku nieraz można odnieść wrażenie, że ważniejsza jest opinia tego drugiego, z czego jasno wynika, że niektórym mieszają się i role, i kompetencje. Co gorsza, z okazji studniówki doszło do kulminacji tego pomieszania z poplątaniem, a PiS zachowuje się tak, jakby jutro miały odbyć się wybory. Jednego dnia prezentuje więc bajkę o Czerwonym Kapturku, w której Donald Tusk gra rolę Wilka, a nazajutrz politycznego matriksa też oczywiście z szefem Rady Ministrów w roli głównej, bo rządzenie w wydaniu koalicji PO-PSL jego zdaniem można rozpatrywać tylko w takich kategoriach. Rozumiem, że rewanż był konieczny (PO na sto dni pierwszego PiS-owskiego rządu, którym dowodził Kazimierz Marcinkiewicz, pokazała pustą lodówkę), ale przygotowano go bez głowy, co niestety stępiło jego ostrze.
Dlaczego? Zacznijmy od matriksa, gdzie nie dość, że premierowi oraz ministrom Julii Piterze i Zbigniewowi Ćwiąkalskiemu zapewne przez gapiostwo przydzielono role pozytywnych bohaterów, to jeszcze do prezentacji zakradło się kilka błędów ortograficznych. Jeszcze gorzej wypada ocena opowieści o Czerwonym Kapturku, bo Gajowym, który przegania Wilka, po czym ogłasza wszem i wobec, że rządzenie to nie bajka, jest nie kto inny jak sam Jarosław Kaczyński, przegoniony wcześniej przez Czerwonego Kapturka i Babcię, czyli naród. Wychodzi na to, że prezes PiS-u znowu szykuje się do objęcia urzędu premiera, ciekawe tylko, z jakiego tytułu, a do jego partii nadal nie dotarła świadomość przegranej w ostatnich wyborach. Nie bardzo wiadomo, czy w tej sytuacji należy się śmiać, czy może płakać.
Jeśli opozycja nadal będzie się tak popisywała, to poparcie dla rządu rychło sięgnie stu procent, choć w ciągu stu dni nikomu nie uda się spełnić wyborczych obietnic. W takim czasie to można było co najwyżej zostać wykwalifikowanym, przynajmniej teoretycznie, agentem służby kontrwywiadu wojskowego. Z przecieku do mediów, dementowanego oczywiście, ale jakoś niezbyt przekonująco, wynika przecież, że kurs na pierwszy stopień oficerski trwał 17 dni. Ci, co wedle źródła przecieku dopuszczali do takich m.in. praktyk, o dziwo jednak nie mają sobie nic do zarzucenia.