Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2015°CKto i kiedy zastanawia się nad tym, co to jest przejazd kolejowy? Na co dzień pewnie nikt, chyba że dowiadujemy się, że na jakimś przejeździe znowu doszło do wypadku. Wtedy jednak zwykle psioczymy albo na dróżnika, który nie dopełnił obowiązku, bo był np. pijany, co zdarza się wcale nierzadko, albo na to, że większość rogatek w kraju nie jest strzeżona. Sprawa nabiera zupełnie innego wymiaru, kiedy jesteśmy kierowcą, a w drodze do pracy musimy przebrnąć przez tory.
W takiej sytuacji przejazd staje się dla nas ogromnie ważny, bo myślimy o nim i wyjeżdżając, i wracając do domu, oczywiście w nadziei, że będzie otwarty. Obiecujemy też sobie, że jeśli nawet zeżre nam trochę czasu, nie będziemy się złościli, bo to w końcu tzw. siła wyższa. Jak jednak przyjdzie co do czego, różnie bywa. Ja np. usiłuję zaprzyjaźnić się z przejazdem na ul. Miarki w Rybniku, który napsuł mi niemało krwi, gdyż bardzo często jest zamknięty. Próbowałam już różnych sposobów. Stojąc przed rogatkami, nauczyłam się np. na pamięć definicji przejazdu kolejowego. Potem liczyłam wagony. W końcu usiłowałam zgadywać, co też pojawi się na szynach. To też jednak nic nie dało, bo nieraz po 15 minutach czekania dostrzegałam, że nadjeżdża nie żaden porządny skład, ale jedna drezyna.
Po kolejnej takiej przygodzie wpadłam w złość i poprzysięgłam sobie, że od tej pory będę jeździła trasą alternatywną, czyli ulicą Żorską, bo choć to kilka kilometrów dalej, nie ma tam żadnych kolejowych pułapek. Nazajutrz odruchowo znowu jednak skręciłam z ul. Prostej w ul. Miarki, gdyż trudno wyzbyć się przyzwyczajeń. I tak jest co dzień, bo nim się spostrzegę, znowu jestem przed tym nieszczęsnym przejazdem. Raz wydawało mi się, że mam farta, bo o dziwo był otwarty. Radość niestety trwała krótko, bo ze 200 m dalej robotnicy dosłownie przed nosem zamknęli mi przejazd zakładowy na ul. Przemysłowej, należący do firmy produkującej grzejniki, którego w zasadzie nawet się nie zauważa, bo na ogół bywa otwarty. Tego dnia i o tej godzinie akurat przetaczano przez niego jedną lokomotywę. No i nie jest to pech?
Nie byłam oczywiście sama w tym nieszczęściu, bo za mną ustawiła się kolejka aut, która rosła w oczach, a poirytowani szoferzy wylegli na szosę, ale to żadna pociecha. Po tych wszystkich doświadczeniach nabrałam sympatii do torów, przed którymi stoi jedynie krzyż św. Andrzeja, choć póki nie zaczęłam jeździć ulicą Miarki, byłam za obstawieniem dróżnikami wszystkich rogatek. I niech mi ktoś powie, że punkt widzenia nie zależy od punktu siedzenia. Ponieważ jednak na przejazdach strzeżonych jest dużo mniej wypadków niż na niestrzeżonych, to mam nadzieję, że kiedyś ten mój punkt widzenia będzie rozciągał się z wiaduktu nad ul. Miarki, ale to pewnie marzenia ściętej głowy. A może jednak nie?