Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2015°CDo końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej Jurek Owsiak będzie nosił swoje czerwone spodnie i żółtą koszulę. Ten zacinający się dziennikarz radiowy i telewizyjny jest jednym z największych dobrodziejów naszej podupadłej służby zdrowia, którą właśnie kolejny rząd próbuje postawić na nogi. Stworzona i rozkręcona przez niego Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to ewenement na skalę światową, o czym raz jeszcze mogliśmy się przekonać w minioną niedzielę. Jak ktoś to ładnie określił, przeżyliśmy kolejne święto Polski życzliwej i ofiarnej.
Oczywiście nie wszystkim ta akcja się podoba, nie wszyscy zgadzają się z jej ideą, a wiele osób denerwują wolontariusze czyhający z puszkami na ludzi, wychodzących z kościołów po niedzielnych mszach. Ale wystarczy popatrzeć na efekty tego pospolitego ruszenia tysięcy wolontariuszy; to przecież dobro w czystej postaci. Na czym polega fenomen Owsiaka? Ten wyjątkowy oryginał jest po prostu sobą. Jest autentyczny, na nikim się nie wzoruje, nikogo nie udaje. I choć dla wielu szacownych obywateli wygląda jak wariat, cieszy się właściwie bezgranicznym społecznym zaufaniem.
A teraz z innej beczki. Od kilku dni większość pracowników naszej redakcji nuci sobie ostatnio pod nosem czechosłowacki przebój z lat 70. „Jozin z bazin”. Prehistoryczny teledysk grupy Banjo Band pokazano w „Szkle kontaktowym” TVN 24. Już następnego dnia na jednym z internetowych portali stał się on najczęściej oglądanym filmikiem. Ta czeska piosenka jest w jakiś absurdalny sposób przezabawna. Bawi tekst o Józefie z bagien, czyli „straszidle, co wystupuje z bazin i brousi zuby”, ale jeszcze bardziej chyba sam teledysk, choć to za duże słowo. Statyczna kamera uwieczniła występ zespołu w telewizyjnym studio. Uśmiech wywołują stroje artystów, ich fryzury, przede wszystkim zaś oprawa choreograficzna. Otóż na podest, na którym stoi główny wokalista, na czas refrenu wdrapuje się przypominający zbójnika Rumcajsa tancerz w średnim wieku, by w zabawny sposób podrygiwać w rytm muzyki. Ale co najlepsze, rozkręca się z refrenu na refren.
Rzeczy oryginalne są piękne, wartościowe i te świat najbardziej sobie ceni. Trudno mi więc zrozumieć, dlaczego ostatnio w naszej telewizji zapanowała moda na śpiewanie cudzych piosenek. Przykłady można mnożyć. Janusz Józefowicz np. wyprodukował „Przebojową sobotę”, w której głównie Natasza Urbańska, ale też kilku innych wokalistów młodszego pokolenia śpiewało największe przeboje muzyki rozrywkowej. Pamiętam, że jakiś młody chłopak, prawie jak nieodżałowany Freddie Mercury, zaśpiewał jeden z przebojów zespołu Queen. No właśnie „prawie”, a to „prawie” robi wielką różnicę. Kopia zawsze będzie gorsza od oryginału, więc trudno mi dopatrzyć się w tym większego sensu. Jedna z telewizyjnych stacji zorganizowała z kolei piosenkarski teleturniej „Jak oni śpiewają?”, który również opiera się na śpiewaniu cudzych piosenek. Zwyciężyła w nim młoda, urodziwa aktorka Agnieszka W., która zdaniem jurorów, a może i publiczności, najlepiej śpiewała piosenki znane już wszystkim z oryginalnych wykonań. Ale czy to wystarczający powód, by uznać ją za artystyczną osobowość?
Na szczęście na manipulującej naszymi gustami telewizji świat się nie kończy; w radiu nikomu nie przyjdzie do głowy, by „Błękitną rapsodię” mógł zaśpiewać na falach eteru ktoś inny niż Freddie Mercury.