Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2015°CWiększość rodaków miała nadzieję, że po wyborach parlamentarnych skończą się najważniejsze problemy w kraju, na czoło których wysuwają się protesty w służbie zdrowia. Nic z tych rzeczy, bo na przełomie starego i nowego roku zaczęła się powtórka z rozrywki, jaką mamy regularnie od kilku lat. Trudno odmówić słuszności lekarzom, bo skoro przepisy zezwalają im obecnie pracować 48 godzin w tygodniu, to niby czemu mają siedzieć w szpitalach dłużej za takie same pieniądze jak dotychczas? Teraz natomiast w ich ślady poszły pielęgniarki, które też mają rację, zwłaszcza że bez nich nie ma nawet mowy o dobrej opiece medycznej.
Nowy rząd w tej sprawie ma jednak do powiedzenia dokładnie to samo, co stary: a więc że żądania pracowników służby zdrowia to problem dyrektorów ośrodków, którzy mają tak gospodarować pieniędzmi, aby starczyło ich dla wszystkich grup zawodowych. Kłopot w tym, że brakuje ich nawet do spełnienia postulatów jednej, więc cóż mówić o pozostałych. Ciekawe zatem, o czym nowa szefowa resortu będzie rozmawiała podczas zapowiedzianych spotkań z organami założycielskimi poszczególnych szpitali. Oby tylko nie doszła do tego samego wniosku jak jej poprzednik, który upierał się, że jedyną receptą na załatwienie sprawy jest podniesienie składki na ubezpieczenie zdrowotne, bo Polacy przecież na nie płacą, i to wcale niemało. Pytanie, dlaczego pieniędzy brakuje w systemie.
Mimo to pani minister wspomniała o finansowaniu zapłodnienia metodą in vitro. Dementi pojawiło się dopiero wtedy, kiedy zaprotestowali biskupi. I mieli rację, bo w sierocińcach i przytułkach jest na tyle dzieci, że każda para może spełnić swoje rodzicielskie powołanie, robiąc przy tym dobry uczynek. Mało tego: słyszymy o podniesieniu wynagrodzeń parlamentarzystom i byłym prezydentom, jakby każdy z nich ledwo wiązał koniec z końcem, choć bieda w Polsce to owszem jest, ale wcale nie na salonach. Z tych salonów w sobotę doszły nas i inne wieści: oto do telewizji publicznej wraca znany dziennikarz, słynący z ostrej krytyki poprzedniego rządu, który kilka miesięcy temu rozstał się z telewizją komercyjną, i wedle plotek, jakie w niedzielę obiegły portale internetowe, ma zarabiać 100 tysięcy zł.
Jeżeli okaże się to prawdą, wiarę mogą stracić nawet najwięksi optymiści. Poza tym jak to wszystko ma się do obietnic taniego państwa, które składała obecna koalicja? Ano nijak. Prominentny polityk PO oświadczył zresztą, że tanie nie oznacza dziadowskie. Tu też mamy zatem powtórkę z rozrywki, a i premier jakoś szybko zaniechał podróży samolotami rejsowymi, bo są przecież rządowe. Przeciętny rodak ma więc prawo czuć się wystrychnięty na dudka, ale cóż mu pozostaje? Chyba jedynie dołączenie do rzeszy tych, co nie płacą abonamentu, żeby telewizja publiczna miała z tym jeszcze większe kłopoty, i czekanie na kolejne wybory. Ale po nich na pewno znowu będzie tak samo: nowa władza, stare problemy.