Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2015°CZanim w wigilijną noc słowo stało się ciałem, ciałem stała się Europa bez granic. Zlikwidowano m.in. przejścia graniczne na granicy polsko-niemieckiej i polsko-czeskiej. Zapewne tak naprawdę nie dociera do nas jeszcze, jak epokowa zmiana dokonała się tam, gdzie jeszcze do niedawna były szlabany i rzadko na ogół uśmiechający się celnicy. Pozostaną wspomnienia, gdy serce waliło jak młot, bo w torbie podróżnej, między kalesonami a wyjściowym pulowerem były dwie butelki żubrówki więcej ponad dozwolony limit.
Przejścia graniczne dołączyły oto do kartek na mięso, pustych peerelowskich sklepów czy samochodów z przydziału, słowem wszystkich tych rzeczy z historii współczesnej, których naturę tak trudno wytłumaczyć współczesnym młokosom, wychowywanym już na wolnorynkowych pampersach, w warunkach względnego dobrobytu. Ostatnio usłyszałem zabawną historię. Oto ojciec próbował wytłumaczyć synowi gimnazjaliście, jaka to u schyłku Polski Ludowej panowała w kraju bieda: – Wyobraź sobie, że w sklepach był tylko ocet. Ten chwilę pogłówkował i wypalił: – Jak to tato, w takim wielkim Realu sprzedawali tylko ocet?
Wielu z nas ma sporo wspomnień związanych z przejściami granicznymi, a zwłaszcza z nielegalnym obrotem towarowym. Swoje zasługi dla rozwoju handlu położyły przecież i popularne „mrówki”, czyli obywatele, którzy nie naruszając prawa, importowali z Czech do Polski spore ilości alkoholu, chodząc tam i z powrotem, kilkanaście razy na dniówkę.
Sam w 1996 roku z bratem i kolegą wybrałem się maluchem na przejście w pobliskich Marklowicach, by z Czech sprowadzić sobie znacznie tańszy wtedy alkohol na własne wesele. Nie należałem wtedy jeszcze do klasy średniej, wolałem więc zostać na jeden dzień hipermrówką, niż działać w myśl narodowego imperatywu „zastaw się, a postaw się”. Na głowę można było przewieźć bodajże trzy litry, my przekroczyliśmy ten limit kilkakrotnie, bo butelek było nieco ponad 40. Gdy polski celnik zobaczył ten nasz barek na kółkach, zapytał tylko, ile tego jest. Zanim odpowiedziałem na samo pytanie, rzuciłem szybko, że to na wesele i zdeklarowałem, że szmugluję – takie miało się wtedy wewnętrzne przekonanie – 42 butelki. Kazał wszystko wypakować na chodnik. Byłem przerażony, pomyślałem już, że pierwszy w rodzinie zorganizuję wesele bezalkoholowe i to nie z przekonania, a z konieczności. Gdy mój trunkowy arsenał imponująco prezentował się już na granicznym chodniku, przyszedł celnik i policzył. Okazało się, że pomyliłem się o dwie butelki. – Ma pan szczęście, że się zgadza. Teraz zaniesie pan jedną butelkę do tego budynku, a drugą Pepikom, a potem spakuje to wszystko z powrotem. No i wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia... – usłyszałem. Nigdy wcześniej ani później nie czułem się tak mocno emocjonalnie związany z alkoholem.
Swe graniczne przygody wspomina pewnie dziś wielu rodaków. Nie tak łatwo je zapomnieć, bo w końcu tam przy biało-czerwonych słupkach z państwowym godłem człowiek mógł zostać spekulantem czy aferzystą już na skalę międzynarodową.
Czescy celnicy byli dla nas często jedynymi Czechami, z którymi mieliśmy do czynienia w czasie międzynarodowych wojaży i co tu dużo mówić, przez długie lata nie wyrabiali swej nacji najlepszej opinii. O ich urzędowym czepialstwie krążyły prawdziwe legendy i nawet jeśli przy odprawie zachowywali się całkiem normalnie, to i tak patrzyliśmy na nich wielce podejrzliwie. Ale dziś wszystko to już historia i żaden urzędnik czy mundurowy nie będzie nam już asystować przy przekraczaniu granicy.