Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2714°COstatnio w kraju prawdziwą furorę robi słowo przepraszam. To oczywiście dobre zjawisko, zachodzi jednak pytanie o jego kontekst, ponieważ kajać powinna się tylko dotychczasowa opozycja za to, że przez minione dwa lata podobno notorycznie obrażała ekipę rządzącą i samego prezydenta. Problem w tym, że druga strona nie była lepsza, w dodatku wieszała zdechłe psy nie tylko na politycznych konkurentach, ale także na zwykłych obywatelach, którym nie podobały się jej działania.
Oni (czytaj opozycja) chcą dorwać się do koryta – grzmiał premier na kilka dni przed wyborami. No i jakaż była wymowa tych słów? Ano taka, że sprawowanie władzy sprowadza się do dzielenia łupów i wyciągania korzyści, a oderwanie się od tego koryta jest wyjątkowo trudne, czego zresztą mamy dowody. Ustępujący rząd już dawno przecież powinien spakować manatki, ale do końca dokonywał nominacji rzekomo nie do ruszenia, a głowa państwa milczała jak zaklęta. W końcu ustami swojego ministra obwieściła, że przyjmuje przeprosiny od lidera zwycięskiego ugrupowania, po czym odwołała Bogdana Borusewicza (przeszedł z PiS-u do PO) z funkcji członka Rady Bezpieczeństwa Narodowego, więc chyba nadal jest obrażona.
W dodatku ojciec dyrektor kwituje wynik wyborów słowami, że szatan zawziął się na Polskę, a ci, co muszą przejść do opozycji, usiłują wpływać na obsadę niektórych ministerialnych stołków. Jak tak dalej pójdzie, to ci, co nie popierają PiS-u, będą musieli przepraszać za to, że istnieją, a już najlepiej byłoby wymienić naród, bo nie rozumie, że PiS jest jedynie słuszną partią. Tymczasem Polska to nie monarchia, a premier nie jest ani królem, ani następcą tronu, tylko politykiem, który zdobył i stracił władzę w wyniku demokratycznych wyborów. Od 1989 roku chyba jeszcze nie było ekipy, która wykręcałaby następcom takie numery. Grzegorz Markowski, lider grupy Perfect, śpiewa: trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym. Kończący karierę rząd powinien wsłuchać się w te słowa, bo nie potrafi odejść z klasą.
W związku z tą sytuacją przypomniała mi się lektura zapisków tego, co działo się w siedzibie prezydenta Stanów Zjednoczonych 140 lat temu, gdy rozgrywały się najkrwawsze bitwy wojny secesyjnej. Zafrasowany Abraham Lincoln radził się wtedy swojego spowiednika. – Proszę się nie martwić. Bóg na pewno jest po pana stronie – pocieszał go kaznodzieja. – Mam nadzieję, że to ja jestem po jego stronie – odparł prezydent. Nasi politycy chyba jednak nie rozumieją, że nikt nie ma monopolu ani na rację, ani tym bardziej na władzę, a okupowanie straconych pozycji i porozumiewanie się z konkurencyjnymi ugrupowaniami za pośrednictwem mediów nie przynosi chwały. Obawiam się zatem, że nowa opozycja, wbrew deklaracjom, pokieruje się zasadą: im gorzej, tym lepiej, a to nie wróży nam niczego dobrego.