Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2815°CWygląda na to, że w czasie przedwyborczego finiszu czeka nas nawałnica debat z udziałem partyjnych liderów. Moda na „tokszoły” z lekka już przebrzmiała, a prowadzący te, które się ostały, już dawno stracili powab świeżości charakterystyczny da telewizyjnych nowalijek. Trudno więc oprzeć się wrażeniu że na takiej debacie gigantów polskiej wyłącznie sceny politycznej lepszy interes robi telewizja niż sami debatujący.
Socjolodzy i politolodzy przekonują, że owe debaty nie mają właściwie żadnego wpływu na przegrupowania elektoratu, a zatem i na wynik samych wyborów. Są raczej widowiskiem dla mas, które podchodzą do nich jak do walk bokserskich. Kibicują swojemu pupilowi i właściwie w tej konkretnie ukierunkowanej sympatii są zamknięci na bodźce zewnętrzne. Rywal naszego zawodnika, choćby był mistrzem nad mistrzami, choćby boksował fenomenalnie, a przy tym przestrzegał zasad fair play i jeszcze rozdawał sympatyczne uśmiechy na prawo i lewo, nie ma szans na pozyskanie naszej sympatii. Już wcześniej zdiagnozowaliśmy jego przypadek i przypisaliśmy go do określonej kategorii. Nie wygrzebie się z niej, choćby stawał na głowie.
Z nielubianymi politykami bywa podobnie, nawet gdyby mówili z sensem i byli przekonywujący, uznamy ich za cwaniaczków zabiegających o głosy i łaszących się do wyborców. Krótki sondaż, jaki przeprowadziłem po debacie Kwaśniewski – Kaczyński na reprezentatywnej grupie znajomych, tylko tę teorię potwierdził. Nikt nie zmienił zdania i swych wyborczych preferencji.
Cykl debat otworzył słowny pojedynek prezydencki. Jak celnie skomentował jeden z telewizyjnych politologów, były prezydent spotkał się z szefem obecnego prezydenta. Były sprawiał wrażenie boksera, który wszedł do ringu z niezaleczoną kontuzją. Trudno się dziwić, dobrze wiedział, że adwersarz nie będzie go oszczędzać, a po ostatniej, kolejnej już wpadce ze wschodnią gościnnością rzeczywiście miał się czego obawiać.
Jeszcze przed telewizyjną debatą okazało się, że choć słowny pojedynek stoczy w niej dwóch polityków, to najbardziej przegranym będzie i tak ten trzeci – nieobecny przywódca najsilniejszej z partii opozycyjnych. Wyautowanie go i pozostawienie poza studiem było chytrym posunięciem rywali, mającym pewnie na celu medialne osłabienie jego pozycji na scenie politycznej. W końcu nie zagrał on tego wieczoru pierwszoplanowej roli, a jedynie wystąpił w roli jednego z kilku komentatorów. Na to, co się stało, nie miał oczywiście wpływu, natomiast późniejsze zachowanie Donalda Tuska, bo o nim oczywiście mowa, trudno uznać za przykład mistrzowskiej strategii. Obraz wodza PO biadolącego, że nikt z nim nie chce debatować, na długo utkwił mi w pamięci. Zamiast zignorować nie tak znów przecież doniosłe wydarzenie medialne i skierować uwagę widzów na inne tory, wysyłał w eter swoje SOS, szukając partnera do debatowania. No cóż, wizerunek wodza raczej na tym nie zyskał.
Jakie jeszcze polityczno-telewizyjne szlagiery czekają nas w tej kończącej się rychło kampanii, przekonamy się już niebawem. Telewidzowie mogą się chyba cieszyć, że jest ona tak krótka, w przeciwnym razie byliby narażeni na oglądanie kandydatów nie tylko w czasie debat, ale także w innych programach: „Jak oni śpiewają”, „Gwiazdy tańczą na lodzie”, a być może i w „Tańcu z kandydatami”. A tak wszystko odbędzie się szybko i sprawnie – my ich wybierzemy, posłuchamy, co nam zaśpiewają, i zastanowimy się, co tu z nimi można zatańczyć?