Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

2714°C
2815°CRodakom trudno dogodzić. Jeszcze niedawno wielu miało obawy, że monitoring wizyjny (tak fachowo nazywa się system kamer, które mają rejestrować to, co dzieje się na ulicach miast, głównie w centrach) nie zda egzaminu, w dodatku naruszy ich prywatność, więc szkoda pieniędzy na jego montowanie. Teraz znowu pomstują, gdy jakieś urządzenie z pewnych powodów, np. awarii lub obserwowania innego miejsca, nie sfilmuje np. okoliczności uszkodzenia im samochodu na parkingu, więc nie wiedzą, od kogo mają dochodzić odszkodowania.
W takich sytuacjach przypomina mi się przygoda, jaką przeżyłam trzy lata temu w Żorach. Wybrałam się tam na materiał do kogoś w centrum, parkując swojego fiata seicento na poboczu ul. ks. Klimka. Gdy wróciłam, stał tam samochód niby mój, ale tylna szyba była rozbita, w klapie bagażnika straszyła wielka dziura, a wszędzie walało się mnóstwo szkła. Oszołomiona, obeszłam autko wokół, a w końcu sprawdziłam numery rejestracyjne z dowodem, sądząc, że mam omamy i łudząc się jeszcze, że to jakiś cudzy pojazd. Niestety. Zrezygnowana, zadzwoniłam z komórki na policję. Nie powiem, dyżurny zgłosił się od razu, ale ledwo zaczęłam wyłuszczać, o co chodzi, parsknął, jak mi się zdawało, śmiechem i oddał komuś słuchawkę.
Co wam tak wesoło? – zapytałam oburzona tego kogoś. – Nikt się nie śmieje, tylko widzimy panią na monitorze. Ma pani białą bluzeczkę. Za chwilę tam będziemy – zapewnił ten ktoś, kto przedstawił się jako sierżant z drogówki. Nim się obejrzałam, podjechał radiowóz. Wysiadło z niego dwóch mundurowych, którzy objaśnili, że samochód zniszczył mi złomiarz, który pchał wózek ze stertą metalowych gratów. Miała ze dwa metry wysokości, więc zbieracz nie widział nic. Że coś nie gra, zorientował się dopiero wtedy, kiedy rozległ się brzęk tłuczonego szkła, a w bagażnik wbiło się jakieś żelastwo. Całe zdarzenie sfilmowała na szczęście wideokamera. Gdyby nie to, nikt nie miałby pojęcia, co zaszło. Policjanci zjawili się na miejscu, nim złomiarz odczepił wózek od auta, i spisali jego dane personalne na kartce.
Wręczyli mi ją z zapewnieniem, że wlepili delikwentowi mandat, który pewnie zostanie na papierze, bo chłop jest bezdomny i biedny jak mysz kościelna. Cały jego dobytek mieścił się na tym wózku. – Może pani podać go do sądu z żądaniem odszkodowania, ale szkoda na to pieniędzy. Lepiej przeznaczyć je na naprawę auta – doradzili mi funkcjonariusze i zezwolili przejechać przez rynek celem dostarczenia fiata do warsztatu. Potem zadzwoniłam do kolegi, prosząc, żeby podrzucił mnie do redakcji, bo było już za późno na podróż autobusem. Wieczorem zaczęłam tłumaczyć mężowi, czemu wróciłam bez auta. Nie uwierzyłby, gdyby nie zobaczył kartki od stróżów prawa. Mechanikowi zapłaciłam ok. 1,5 tys. zł. Na co więc zdało mi się ustalenie sprawcy? Ocaliło mój honor kierowcy, a jest to jakaś pociecha.