Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

17-2°C
224°CJednym ze sztandarowych haseł PiS-u była odbudowa zaufania obywateli do polityków. Trudno mi uwierzyć, że po harcach, których byliśmy świadkami przez ostatnie miesiące, ktoś zaczął traktować polityków jako grupę społecznego zaufania. Kryzys wiarygodności na pewno nie został zażegnany, a wręcz się pogłębił. No bo jeśli w stosunkach współrządzących do niedawna koalicyjnie ugrupowań zaufania było jak na lekarstwo, to nie dziwota, że koalicja się rypła.
Kulisy politycznego pożycia koalicjantów ujawnił w czasie pamiętnej konferencji prasowej minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Na spotkanie z Andrzejem Lepperem, wicepremierem rządu, wybierał się, jakby miał rozmawiać z gangsterem. Aż dziw bierze, że oprócz dyktafonu nie zabrał ze sobą kamizelki kuloodpornej, przenośnej bramki do wykrywania metali i oddziału antyterrorystów. Życie w kraju nad Wisłą już dawno przerosło kabaret, ale to, co zrobił Ziobro, zwaliło mnie z nóg. Przez dobre 20 minut w dobrym i drogim czasie antenowym minister opowiadał tylko o tym, jak włączył dyktafon. Nagrania mają to do siebie, że można je odtworzyć, ale tak daleko już się Ziobro nie posunął, skazując dziennikarzy i widzów owego marnego show na domysły i spekulacje.
Jeszcze niedawno nagrywanie kogokolwiek kojarzyło się raczej z techniką operacyjną stosowaną przez wywiad i inne służby specjalne. Dziś potajemne nagrywanie rozmówców stało się standardem życia politycznego. Osobiście z tą techniką spotkałem się za szczenięcych lat. Jako ministrant chodziłem z księżmi po kolędzie. W jednym z familoków weszliśmy do kolejnego mieszkania. Głowa rodziny siedziała tam przy magnetofonie kasetowym. Pomyślałem sobie, że chłop przygotował pewnie kasetę z kolędami i, gdy zjawi się wikary, zafunduje nam podkład muzyczny. Okazało się jednak, że nie. Na kasecie nie było pastorałek, a obelgi i przekleństwa, które pod adresem domowników miotał jeden z sąsiadów. Tyle udało mi się dowiedzieć, bowiem samo nagranie było już przeznaczone wyłącznie dla wikarego.
Wiele lat później na swoje nieszczęście przekonałem się, że samo nagranie nie musi wcale oddawać istoty rozmowy. W czasie studiów i krótko po ich ukończeniu współpracowałem z redakcją sportową Radia Katowice. Jej szef Jerzy Góra wysłał mnie wraz z technikiem od nagrań na stadion w Rydułtowach, gdzie odbywał się mecz reprezentacji Polski i bodajże Kazachstanu. Wszystko działo się krótko po rozpadzie ZSRR, a mecz miał charakter mocno towarzyski. W przerwie meczu podszedłem do trenera młodej reprezentacji Kazachstanu, by zrobić krótkie rozeznanie, czy można się z nim dogadać. Był względnie komunikatywny, więc towarzyszącemu mi technikowi powiedziałem, że po końcowym gwizdku nagrywamy z nim rozmowę. Wszystko szło jak po maśle, chłop mówił po rosyjsku, ale wtrącał też jakieś polskie słowa, przy tym sporo gestykulował, nie wspominając już o tym, co wyczytałem z mimiki jego twarzy. Do Katowic wracałem dumny i zadowolony. Szef kazał zaraz wrzucić taśmę na stół montażowy, bo chciał koniecznie posłuchać materiału, który przywiozłem. Już po pierwszych zdaniach odsłuchiwanej rozmowy zorientowałem się, że bez facjaty i gestów rozmówcy stała się ona dziwnie niezrozumiała. Szef w końcu zatrzymał magnetofon i usłyszałem perfekcyjną pod względem dykcyjnym, ale wyjątkowo nieantenową wiązankę. Ostatecznie w programie sportowym radiosłuchacze mogli usłyszeć ledwie kilka słów mojego komentarza, rozmowa miesiąca wylądowała zaś w koszu. Od tamtej pory wiem, że sam zapis dźwiękowy rozmowy to jeszcze nie wszystko.