Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

17-2°C
224°CJakiś czas temu odebrałem w redakcji telefon, który z jednej strony mocno mnie zdziwił, z drugiej dał do myślenia. Rybniczanka w starszym, jak sądzę, wieku prosiła, by napisać coś o dworcu PKS-u. Pomstowała, że w miejscu, gdzie do niedawna stał jeszcze porządny dworzec autobusowy, teraz buduje się kolejną Biedronkę. Moje tłumaczenia, że dziś PKS to prywatna firma, że dworzec w dotychczasowym kształcie nie jest jej potrzebny, raczej jej nie przekonały.
Przez kilka ostatnich lat rybnicki dworzec autobusowy straszył swym wyglądem. Byle jaka architektura upstrzona nieaktualnymi już reklamami firm, z których część dawno już dokonała gospodarczego żywota. Do tego siermiężna peerelowska metaloplastyka i ławki zespolone z koszami na śmieci. To bez wątpienia był jeden z najbrzydszych obiektów użyteczności publicznej w całym mieście i nie bardzo rozumiem, czego tu żałować.
Trudno nie łączyć tego telefonicznego protestu z peerelowską mentalnością, która ciągle jeszcze w nas tkwi. Taki dworzec PKS-u był przecież z jednej strony dobrem społecznym, dowodem na to, że władza ludowa dba o lud i dostrzega jego potrzeby, a z drugiej elementem budowania prestiżu miasta, takim samym jak kryta pływalnia, kino czy dom handlowy. Ale czy dziś Rybnik bez dworca PKS-u będzie gorszym Rybnikiem?
To, co z powierzchni ziemi zmiatają prawa rynku, to jednak tylko jedna strona medalu, a jest jeszcze druga – nowe obiekty. Tu w powszechnym odczuciu panuje monokultura – powstają głównie supermarkety. Ich społeczny odbiór to jakiś socjologiczny fenomen. Kiedy się nie wejdzie do jednego czy drugiego, zastaniemy tam rzeszę klientów, ale np. w czasie wszystkich spotkań przedstawicieli rybnickiego magistratu z mieszkańcami ci zarzucają zapchanie miasta supermarketami.
A przecież na rynku jest miejsce dla tych dużych bezdusznych molochów, z których zakupy wywozi się wózkami, i tych całkiem małych, gdzie wpada się po gazetę i papierosy, gdzie ekspedientki znają większość klientów i nawet w razie potrzeby sprzedają im towar na kreskę. Remontowałem niedawno mieszkanie i na własnej skórze doświadczyłem, że gdyby nie techniczny supermarket, to w Rybniku po 17 nie można kupić złamanej śrubki, o materiałach budowlanych nie wspomnę. Przy dzisiejszym boomie budowlanym, gdy fachowcy dłubią na budowach do 20 czy 21, byłaby to sytuacja po prostu anormalna. Większa liczba dużych sklepów wzmaga konkurencję, a ta z definicji wychodzi klientom na dobre.