Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

17-2°C
224°C
Henryk Śliwa, były szef Solidarności przy nieistniejącej już kopalni Dębieńsko i jej dyrektor, ujawnił dokumenty otrzymane z Instytutu Pamięci Narodowej. Po 27 latach wyszło na jaw, że część związkowców współpracowała z SB. Dla pieniędzy i kariery donosili na kolegów.
– W dotyczących mnie aktach jest pięć kryptonimów operacyjnych: Szarotka, Mak, Jasiu, Stanisław i Aleksander. Postanowiłem upublicznić ich nazwiska, bo jestem to winien kolegom. Zwłaszcza że jeden z konfidentów był wiceszefem związku, dwóch jego członkami, a Aleksander i Szarotka wciąż pracują w branży. Jeden w kopalni Knurów, drugi w Carbonautomatyce – mówi Henryk Śliwa. Przeżył szok, gdy dowiedział się, że donosiły nań osoby udające przyjaciół, a ten, który oskarżał go o współpracę z SB, sam był esbekiem. To Jasiu, czyli Wojciech M., związkowiec. Makiem był Franciszek S., zastępca komendanta straży przemysłowej, Aleksandrem jego przełożony Henryk S., a Stanisławem Stanisław Z., pierwszy wybrany wiceszef Solidarności.
– To on z inicjatywy esbecji tworzył potem nowe związki – wylicza Henryk Śliwa. Był zaskoczony, gdy dowiedział się, że Szarotką był Rudolf C., kierownik działu zatrudnienia, który nadawał na pierwszą Solidarność w kopalni i składał raporty ze spotkań z księżmi. – To mój dobry znajomy i sąsiad – mówi Henryk Śliwa. Cieszy się z tego, że prawda w końcu wyszła na jaw, głównie jednak z tego, że nie sprzedał się nikt z 12 działaczy, z którymi zakładał drugi związek. – Ci, którzy zdradzili, wyrządzili mu dużo szkody, ale nie chcę ich karać. Chcę, żeby sami przeprosili. Henryk S. i Rudolf C. już to zresztą zrobili. Dotąd jednak nie usłyszałem słowa przepraszam od zdrajców z Solidarności – mówi Henryk Śliwa, który obecnie jest emerytem.
Jak zachowa się w razie spotkania z którymkolwiek z konfidentów związkowców? Czy poda im rękę? Pewnie tak. Nie wie tylko, czy zdoła wybaczyć swojemu zastępcy, który tak zagalopował się w donoszeniu, że współpracę z SB zakończył dopiero 11 stycznia 1990 roku. – A kiedy siedziałem w Uhercach, przez żonę przekazałem panu Z. gryps z ostrzeżeniem przed panem M. Okazało się, że ostrzegałem esbeka przed esbekiem – stwierdza Henryk Śliwa, który przesiedział rok w pięciu różnych więzieniach. – A Jasiu, emeryt, który mieszka w tej samej dzielnicy, za pieniądze dał się internować na dwa miesiące w Jastrzębiu Szerokiej, żeby inwigilować związkowców – dodaje.
Czemu wystąpił do IPN-u o swoje akta? Bo jego imię i nazwisko znalazły się na słynnej liście Wildsteina. Po dwóch latach otrzymał pękatą teczkę. – Nie znalazłem tam żadnej fałszywki. Zastanawia mnie jeszcze jedno: wszystkie dokumenty dotyczące historii Solidarności w Dębieńsku zostały zniszczone w kopalnianych kotłach. Okazuje się, że będzie je można odtworzyć z esbeckich dokumentów – mówi. Po otrzymaniu akt zorganizował spotkanie w Izbie Tradycji KWK Dębieńsko, gdzie zaprosił 12 przyjaciół z Solidarności i pokazał im zawartość teczki. – Jestem zszokowany tym, kim okazali się esbecy. Żadnego nie uderzę w twarz, podam też rękę. Byłem jednak blisko związany z jednym z nich. Nie wiem, jak zachowam się w razie spotkania – zastanawia się Franciszek Barakomski, jeden ze współpracowników Śliwy, obecnie prezes rybnickiego oddziału SKOK-u. W lipcu wystąpił do IPN-u o odtajnienie swoich akt. – Razem z ojcem byłem w grupie założycielskiej Solidarności. Może też miałem „życzliwych” przyjaciół, którzy na mnie nadawali – mówi Barakomski. Byli konfidenci unikają kontaktu z mediami.