Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

17-2°C
224°C
8 lipca 1997 roku w Raciborzu wylała Odra. Pod wodą znalazło się 60 proc. obszaru miasta, wielu mieszkańców straciło dorobek całego życia. Właśnie mija 10 lat od powodzi tysiąclecia. I choć trudno dziś szukać jej materialnych skutków, to jednak kataklizm nadal jest żywy w ludzkiej świadomości.
Mieszkańcy niechętnie wracają do tamtych wydarzeń, a jeśli już je wspominają, to ze łzami w oczach. Łucja Pielczyk od 20 lat mieszka w dzielnicy Płonia, która ogromnie wtedy ucierpiała. 7 lipca pani Łucja i jej mąż poszli do pracy. Po powrocie zastali wodę w piwnicy. Był problem z jej wypompowywaniem, bo u większości sąsiadów było podobnie. Nic jednak nie wskazywało na to, że żywioł będzie aż taki straszny. – W lokalnym radiu słyszeliśmy komunikaty, że zalewa dzielnicę Ostróg. Nikt jednak nie przypuszczał, że woda dotrze i tu. Choć Odra płynie jakieś 50 metrów od naszego domu, to jednak nigdy nam nie zagrażała, bo tu są dość wysokie obwałowania – mówi Pielczykowa.
Zabezpieczali domy
Mieszkańcy obserwowali rzekę i zauważyli, że tereny od strony Nieboczów są już zalane. Zaczęli obkładać domy workami z piaskiem. Brat pani Łucji przyjechał do Pielczyków, by zabrać ich dwóch synów – rocznego Dominika i sześcioletniego Michała. – Zostaliśmy z mężem sami. Na wszelki wypadek wynieśliśmy meble na piętro – wspomina. Około godz. 19 woda zaczęła przelewać się przez wały. – Zaparzyłam do termosu kawę. Usiedliśmy z mężem na schodach. Nagle zauważyłam, że woda jest na naszym podwórzu. Wdzierała się do domu po cichu, jak złodziej. Z każdą godziną było jej więcej o jakieś 20 centymetrów – relacjonuje Łucja Pielczyk. Około 21 usłyszeli potężny huk. Jak się później okazało, wybuchły piece w Zakładach Elektrod Węglowych. Nie było prądu, gazu ani wody w kranach, nie działały telefony. Nastała przerażająca cisza. A wody przybywało przez cały czas.
Nad ranem dom Pielczyków był zalany do wysokości 170 cm. Cała Płonia wypatrywała pomocy, której jednak nie było. Około godz. 8 rozległ się dźwięk silnika helikoptera. Jeden z sąsiadów zabierał na ponton tych, którzy zdecydowali się na ewakuację. Podwoził ich na dach domu, skąd powodzian zabierał śmigłowiec. Nie wszyscy tego chcieli, zwłaszcza starsi. – Zabraliśmy ze sobą dokumenty, obrączki i różaniec. Postanowiliśmy opuścić dom, bo baliśmy się, że wkrótce nie będziemy mieli już dokąd uciec – mówi Łucja Pielczyk. Helikopter przewiózł ich do centrum. Trafili do punktu pomocy w Szkole Podstawowej nr 15. – Byłam w szoku. Bo na Płoni przeżyliśmy prawdziwy dramat, a w centrum miasta wydawało mi się, że życie normalnie się toczy – wspomina pani Łucja. Pielczyków zabrała do siebie rodzina. Do domu wrócili w sobotę, 12 lipca, kiedy woda wróciła do koryta.
Przerażający powrót
Parter zniszczyła woda. Małżonkowie nie wiedzieli, od czego zacząć. – Okna otwieraliśmy siekierą, bo inaczej się nie dało. Zalane meble i sprzęty zaczęliśmy wyrzucać przed dom – mówi pani Łucja. Były też chwile załamania i wielka niewiadoma. – Nasz zakład pracy został zalany, nasz dom tak samo. Nie wiedzieliśmy, jak to wszystko odbudujemy i za co – dodaje. Wkrótce rząd uruchomił preferencyjne kredyty dla powodzian. Pielczykowie postanowili skorzystać z tej pomocy. Wzięli kredyt na miarę swoich możliwości, który okazał się kroplą w morzu potrzeb. Ale udało im się przynajmniej doprowadzić dom do stanu użytkowania. Trwało to ponad pięć miesięcy. Trzeba było najpierw skuć tynki, osuszyć pomieszczenia. Był też problem z materiałami budowlanymi. Pani Łucja podkreśla, że nieoceniona była pomoc rodziny i znajomych.
– Teściowa zaopiekowała się naszym najmłodszym synem, a mama pomagała mi w remoncie. Mąż był wtedy w katowickiej klinice, bo tuż przed powodzią przeszedł przeszczep nerki. Na miejscu nie mógł jednak liczyć na opiekę medyczną – mówi Pielczykowa. Według niej, nieoceniona jest też bezinteresowna pomoc mieszkańców niezalanych części Raciborza, którzy dostarczali jedzenie, pomagali w porządkach. Święta Bożego Narodzenia rodzina spędziła już razem, w odremontowanym domu. Kolacja wigilijna była ich pierwszym wspólnym posiłkiem od powodzi. Po tych 10 latach, gdy mocno pada, to od razu wszyscy obserwują okolice. Pani Łucja mówi, że powódź była nieprawdopodobnym doświadczeniem. – Zawiązały się wtedy nowe przyjaźnie, ale niektórzy dali się też poznać jako ludzie zawistni – dodaje Pielczyk.