Zmień miasto dla prognozy pogody
Wybierz miasto:

-8-13°C
-10-14°CTo miał być krótki film dokumentalny o historii kopalni Rydułtowy-Anna, a powstał blisko półtoragodzinny z fabułą. Oglądając go, trudno uwierzyć, że jest dziełem amatorów. W filmie „Rydwany węgla” zagrało ponad 200 osób, nakręcono aż 77 scen w 44 miejscach. Pierwszy klaps zapadł 12 września, w grudniu film był już gotowy.
Jego twórcy przyznają, że było to nie lada wyzwanie. – Początkowo miał to być dwudziestominutowy film dokumentujący historię kopalni Rydułtowy-Anna, która w ubiegłym roku obchodziła 200-lecie – mówi Bogusław Porwoł, reżyser i scenarzysta filmu.
Jego realizacja spadła na pracowników działu bhp, gdyż mieli już doświadczenie – od 2003 roku wykonują instruktażowe filmy dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy. – Ale skoro miał to być film na jubileusz kopalni, chcieliśmy, by było to coś wyjątkowego. Postanowiliśmy, by przedstawiał losy ludzi, którzy tworzyli historię tej kopalni – mówi Jan Krasiński, który zajął się opracowaniem scenariusza na podstawie monografii o KWK Rydułtowy, wydanej w 1992 roku oraz dokumentów udostępnionych przez rybnickie muzeum. Praca trwała około dwóch miesięcy. Ostatecznie scenariusz stworzyli Bogusław Porwoł, Wojciech Szymiczek i Krzysztof Laszczyński.
– Gdybyśmy się ściśle trzymali scenariusza, wówczas byłby to tylko film dokumentujący dzieje kopalni. Podczas kręcenia zdjęć zespół wymyślał kolejne scenki, dialogi. Po prostu improwizowaliśmy – mówi Krzysztof Laszczyński.
W zasadzie wszyscy, którym zaproponowano udział w filmie, zgodzili się. W głównych rolach obsadzono Michała Smołkę, Zbigniewa Szewczyka, Czesława Wojciechowskiego, Michała Gorzelany, Krzysztofa Klimka i Andrzeja Szozda. Żaden z nich wcześniej nie występował w filmie, a mimo to zagrali jak profesjonaliści. Ekipa szczególnie chwali grę Michała Smołki. On sam przyznaje, że nie czuł specjalnej tremy przed kamerą. – Tylko jedna scena wydawała mi się nie do przejścia. Musiałem zagrać pijanego. Dla mnie było to trudne, bo ja w ogóle nie piję alkoholu – mówi Michał Smołka.
Na planie filmu nie obyło się bez wpadek i różnych gagów. – Mamy kolegę z dużym brzuchem, który ma trudności z bieganiem. Na planie musiał jednak wcielić się w sprintera. I gdy podczas jednej z projekcji zobaczyli go synowie, na cały głos w sali kinowej dopingowali go: biegnij tato, biegnij – opowiada Bronisław Gańczorz.
Część kostiumów realizatorzy wypożyczyli z Teatru Nowego z Zabrza. Resztę potrzebnych rekwizytów wykonał Bronisław Gańczorz. Na potrzeby filmu wybudowano sztolnię, odwiedzono kilkanaście miejsc w regionie, które posłużyły jako sceneria. Ekipa filmowa pojawiła się i w skansenie na Opolszczyźnie, i w pałacu w Wojnowicach, a także w willi Radlika (obecnie USC w Rydułtowach) oraz w zameczku w Czernicy. Właściciele większości budynków, w których kręcono sceny, to osoby prywatne. – Nie stwarzali żadnego problemu, wszyscy nas chętnie i sympatycznie gościli, pomagali, jak mogli – mówi pan Bronisław.
Nie obyło się bez zabawnych nieporozumień. Jeden z członków ekipy załatwiał pozwolenie na kręcenie scen w pałacu w Wojnowicach, niedaleko Kietrza na Opolszczyźnie. Omówił szczegóły, zapowiedział wizytę, ale jak się okazało, zadzwonił do zamku w Wojnowicach, tyle że tych za Wrocławiem. – Gdy pojawiliśmy się w Wojnowicach na Opolszczyźnie, ekipa budowlana pracująca w tym pałacu uciekła na nasz widok. Myśleli, że jesteśmy z Państwowej Inspekcji Pracy i przyjechaliśmy uwiecznić ich robotę. Potem wyjaśniliśmy to nieporozumienie, ale śmialiśmy się długo – opowiadają filmowcy.
Problemem okazało się znalezienie odpowiednich familoków do materiału zdjęciowego. Wyszło na to, że praktycznie nie ma takich, które nie byłyby upstrzone antenami satelitarnymi i innymi świadectwami współczesności. Po długich poszukiwaniach wybór padł na Niedobczyce. – Mieszkańcy przyjęli nas życzliwie. Wystarczyło powiedzieć jednej osobie, żeby usunąć auta i w ciągu godziny nie było już ani jednego samochodu na placu – wspomina Bogusław Porwoł.
W produkcję wkomponowano dokument filmowy nagrany w 1941 roku. – Natknęliśmy się na tę rolkę taśmy całkiem przypadkiem. Pojechaliśmy do telewizji w Warszawie, by przegrać ją na zapis cyfrowy – mówi reżyser.
Przysłuchując się anegdotom i opowieściom realizatorów filmu, wydaje się, że była to sympatyczna i relaksująca przygoda. Nic podobnego. Nad „Rydwanami węgla” pracowali czasami po 10 godzin dziennie, w dni robocze i weekendy. Ujęcia powtarzali nieraz po kilkanaście razy, czasami do znudzenia, zmęczenia i złości. Ale efekt jest imponujący. Takiego filmu nie powstydziliby się profesjonaliści. – Wierzymy, że przyczyni się do rozpropagowania wiedzy o historii tej ziemi, tej kopalni, ludzi tu żyjących – mówi Bronisław Gańczorz.
Gorzyce: Matka zatrzymana, policja szuka noworodka
Jak rodzić z uśmiechem?
Mróz nadal daje popalić, ale przy koksioku jest cieplej
Uczelnia dla pielęgniarek
Kto ma pomysł na rybnicki żużel?
Wodzisław: Gorąca zupa od miasta!